O TajgołceO nas

Sierpniowy tatrzański wieczór 1968r. Zabłądziliśmy schodząc w oparach mgły z Rakonia. Przedzierając się przez bagienne torfowiska, poczuliśmy ostry zapach skoszonych łąk i szczypiącego dymu. Ulżyło nam na myśl o bliskości osady. Zaczynało już szarzeć, kiedy zorientowaliśmy się, że zamiast zejść na polską, zaszliśmy na  słowacką stronę Tatr.  Nie było więc szansy na powrót do domu. Rodzice postanowili poprosić Słowaków o nocleg i wczesnym rankiem wrócić do siebie na polską stronę.
W pobliżu drewnianych chałup zobaczyłem gromadkę bawiących się w strumieniu dzieci. Puszczały w wodzie jakieś dziwne łódeczki. Podbiegłem do nich zaciekawiony. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ujrzałem stworki z uszami zrobione z kawałka kory. Dzieciaki wołały na nie jakoś tak: „tigolka”, czy „tugolka”.   Były to, ni to smoki, ni jaszczurki. Bezskutecznie próbowałem nawiązać rozmowę, aby dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Jedna z dziewczynek widząc moją bezradność podarowała mi taką figurkę. Miała długi ogon, wielkie uszy i posmarowana była lepką mazią.
W między czasie moi rodzice uzgodnili sprawę noclegu. Byliśmy bardzo wdzięczni Słowakom za ich życzliwość i gościnność. Wkrótce siedzieliśmy wszyscy przy ognisku, ciesząc się wspólną kolacją.
Zapamiętałem tę noc jak mało co w życiu. Gwieździste niebo, zapach jodłowego ogniska, szum pobliskiego strumienia i tę magię przygody i niecodzienności.
Nie pamiętam już jak to się stało, że przy ognisku rodzice zainteresowali się moją nową zabawką. Zaczęli wypytywać o nią najpierw mnie, a potem naszych gospodarzy.

- To jest Tajgołka- powiedział jeden z nich.
- Co?
- Tajgołka- powtórzył.
- Co to takiego, jakaś jaszczurka? Coś jak salamandra? – spytał mój ojciec
- Niezupełnie, gatunek podobny, ale specjalny.
- Co znaczy specjalny?
- Nie da się złapać.
- Jak to, nie da się złapać?
- No tak, wyczuwa ruch.
- Wszystkie zwierzęta wyczuwają.
- Tak, ale Tajgołka czuje drgania gruntu, zobaczcie jakie ma uszy.
To zrozumiałem, Słowak pokazał palcem na nieproporcjonalnie wielkie, niezgrabne uszy figurki, którą trzymałem w dłoniach.
- A  jak by zastawić pułapkę i ją schwytać? - zapytałem
Słowak uśmiechnął się tajemniczo.
- To się rozpuści, rano znajdziesz tylko mokrą plamę.
- Niemożliwe?
- Możliwe, możliwe, to jest właśnie Tajgołka.

I wtedy usłyszeliśmy tę legendę.

Przed wiekami Tajgołki służyły przywódcom koczowniczych plemion do obrony przed atakami dzikich zwierząt. Zjawiały się niespodziewanie w momencie, gdy ktoś znajdował się w niebezpieczeństwie. Ale było jedno ‘ale’. Pomoc mógł uzyskać tylko człowiek o czystym sercu. Pomoc tę z reguły uzyskiwały, więc dzieci. Tajgołki jakimś sposobem wiedziały kto na nią zasługuje, a kto nie.  A jak wiadomo dzieci zawsze mają czyste serca. Jeśli komuś udało się schwytać Tajgołkę w pułapkę (tzw. ‘chycaki’),  wydzielała ona ciecz, która ją rozpuszczała i zamieniała jaszczurkę  w gęstą, oleistą maź.
Legenda ta bardzo silnie zakorzeniła się w kulturze ludów Orawy, Spisza i całej ‘tatranskej dediny’. Wieki później, możnowładcy i lokalni książęta usiłowali wykorzystać ową legendę dla udowodnienia szczerości swoich zamiarów,  względem własnych poddanych. Stąd na załączonej rycinie, znalezionej w jednej z kapliczek w pobliżu Liptowskiego Mikulasza, widnieje  książę  na koniu z towarzyszącą mu Tajgołką. 

I tu rozpoczyna się druga,  tym razem tragiczna część legendy. Jako że Tajgołki wyczuwały szczerość intencji, o którą trudno było posądzać feudalnych władców, doprowadzili oni do ich zagłady. Obawiając się odkrycia prawdziwych zamiarów, książęta rozpoczęli masowe wybijanie zwierzątek i zacieranie wszelkich po nich śladów, wmawiając podwładnym, że takie jaszczurki nigdy nie istniały. W Muzeum Orawskiej Dediny zachowała się tylko jedna płaskorzeźba z 16tego wieku, której nie pozwolono nam sfotografować, trzecim śladem jest rycina, którą skopiowaliśmy w  Muzeum Przyrodniczym w Pradze.

Gdy zdecydowaliśmy się na przeniesienie z Gdańska w Tatry, nie było wątpliwości jak będzie nazywała się nasza osada. Teren przypominał mi polanę, na której spędziłem niezapomniane chwile. Drewniane domy, zapach łąk, las i potok tylko utwierdziły mnie w wyborze. Nasza córka Zuzia spolszczyła nazwę, a syn Michał ulepił z gliny figurkę, która prawdziwej Tajgołki nie przypomina, ale jest za to zgodna z legendą.

Dziś niestety nie ma już Tajgołek. Na szczęście w tym bezwzględnym i ogłupiającym świecie jest jeszcze trochę ludzi dbających o „czystość serc” swoich bliskich, a zwłaszcza dzieci. Mamy szczęście często gościć Was w Tajgołce. I właśnie z myślą o Was stworzyliśmy Akademię Tajgołki w ramach, której będziecie mogli wspólnie z dziećmi być, tworzyć i bawić się ciesząc się odkrywaniem nowych przestrzeni. Zajęcia oparte na wspólnym działaniu mają na celu odkrycie talentów i możliwości dzieci, a także rozwinięcie ich kreatywności i umocnienie wiary w siebie, cech, które potrzebne są w dorosłym życiu. Kreatywność, pasja, czy wiara w siebie nie leżą w kręgu zainteresowania tradycyjnego szkolnictwa. Do ich rozwoju potrzebna jest stymulacja rodziny, do tego potrzebne jest to co najcenniejsze – Wasz czas. Zacznijcie to robić w Tajgołce, a potem przenieście to do własnych domów.